czwartek, 18 marca 2010

Wiosny w tym roku nie będzie! (???)

...no bo jak to jest? Pierwszymi oznakami wiosny chwaliłam się w połowie stycznia. I co? Dalej nie ma wiosny, takiej prawdziwej; są co prawda pączki, listki i takie tam. Ale jeszcze kwitnącego żonkila w okolicy nie widziałam. Przedwiośnie... tylko czemu tak długo trwa??? Ja wiem, wiem, niektórzy to jeszcze śnieg mają, ale ze śniegiem to tak ładnie i czyściutko, a przedwiośnie to... ani biało, ani zielono... no kiszka i tyle:( No więc, mając powyższe na uwadze stwierdzam, że u nas w tym roku wiosny nie będzie. A dokładniej, nie będzie wiosennych porzadków. No bo niby po co? Remont ma być, to wszędzie kurz i pył i inne takie mało ciekawe zjawiska, więc jaki sens w urobieniu się po pachy po to tylko, żeby za pięć minut wszystko się kurzem znowu pokryło??? Ale to nie jest tak, że ze mnie taki brudas totalny jest, nie myślcie sobie:) Coś tam posprzątam od czasu do czasu, podłoge umyję, kurki wypoleruję przy umywalce:) Odkurzę nawet, i to całkiem często - no wiecie jak to jest przy włochatym psie: odkurzanie to konieczność. Może nawet wykładzinę przed świętami wypiorę... ale generalnie porządków wiosennych nie będzie w tym roku:) Bo wiecie co? Na przekór przedwiosennemu przesileniu, które niektórzy zwą sezonową chorobą afektywną, a ja zespołem smutku (SAD - seasonal affected disorder) i na przekór ujemnemu balansowi w banku (to wszystko przez ten olej opałowy, co to się nam skończył, paskudnik jeden, i trzeba było kupić, bo inaczej by dalej było brrrr... zimno) zabraliśmy się za kuchnię!
Czy ja kiedyś wspominałam o oknach w naszej "rezydencji"??? Nie??? Toż to strata niepowetowana - nadrabiam natychmiast: okna są plastikowe, oczywiście. Ale to pikuś. To, co spędza mi sen z powiek w związku z oknami (bo generalnie są jeszcze inne związane z chałupą problemy spędzające mi sen z powiek) to piękna warstwa kleju, tudzież innego świństwa na tychże oknach. Ja nie wiem na co, po co i dlaczego, ale osoba mieszkająca tu wcześniej, z sobie tylko znanych powodów uprawiała radosną twórczość polegającą na przyklejaniu do okien różnego rodzaju taśm samoprzylepnych. Taśmy zostały po pewnym czasie zerwane, jak mniemam, tylko kurcze, dlaczego nikt nie pofatygował się zmyć pozostałości kleju????? Klej się przykleił w związku z tym na zabój, i ruszyć go teraz to... już moje zmartwienie i pobożne życzenie:)
Na jako takie usunięcie kleju z kuchennej ramy okiennej zużyłam pół pojemnika WD40 i pół dnia:) Efekt jest nieco mniej niż zadawalający. A oto ja przy pracy:


W czasie kiedy ja się babrałam z ramą okienną, vonZeal zabrał się za naszą ulubioną "ścianę płaczu", którą przedstawiłam już wcześniej w drastycznym poście o mojej kuchni. Chodzi o tę ścianę, przy której moja fantazja ułańska mówiła 'pass':). Kochani Ludkowie moi, oto vonZeal po dwóch godzinach skrobania ściany:


a tu po kolejnej godzinie:


Efekt jest taki, że w ciągu jednego dnia udało się zeskrobać 33,3% jednej ściany:):):) Ja mówiłam, że przy tej ścianie wymiękam, i... nie myliłam się:) W chwili obecnej mili Państwo owa ściana wygląda tak:


Ja bardzo przepraszam, że tyle fotografii tej ściany zamieszczam, no ale taka jestem z niej dumna, że nie wiem, hehehehehehe:) No popatrzcie sami, taka mi się chcąc nie chcąc rustykalna kuchnia zrobiła. Ot, powiew Prowansji w wersji 'stara ruina':):):). W każdym bądź razie, vonZeal stwierdził, że w naszej chałupie jedna rzecz została wykonana bardzo efektownie i profesjonalnie: fuszerka! Phi!!! O tym to ja już wiem od dawna:)

Ale mili moi, żeby tak dramatycznie nie było, że z tą wiosną to w tym roku kicha, i tak dalej, to tak na osłodę pokażę kilka zdjęć z wczorajszego spaceru Dyziowego. Dzień całkiem ładny był, to i oprócz psa zabrałam na spacer aparat:





A w ogrodzie takie cosie dały się nam sfotografować:




I jeszcze takich gości wypatrzyliśmy (muszę koniecznie podkreślić, że goście ci strasznie hałasują):

Wróbelek:

Sikorka modra modraszką zwana:

Rudzik:

i jeszcze takie coś (nie wiem co to i skąd się wzięło, hehehe:))


Ptaszki są, kwiatki są... może jednak będzie wiosna????

niedziela, 14 marca 2010

Dla Mamy...

Moja Mama

Dzisiaj w Anglii obchodzony jest Dzień Matki. I co z tego, że ja Polka, a Mama moja w Polsce jest. Mama jest kochana i może Dzień Matki obchodzić nawet codziennie:)
Pamiętam jak dziś, kiedy będąc młodym krasnalem, takim późnoprzedszkolnym, tudzież wczesnopodstawówkowym darłam się jak opętana na akademiach z okazji tego święta:

Kochana Mamo, gdy będę duży,
to Ci przywioooooozę wielbłąda z podróży.
Na jego grzbiecie wygodnie siądziesz
aby do praaaaaaaaacy mknąc na wielbłądzie...

Czy ktoś jeszcze pamięta tę uroczą piosenkę?? :):):)


Mojej kochanej Mamie, ale również i wszystkim innym Mamom, które świętować będą dopiero 26 maja, życzę duuuużo zdrowia i niekończącej się cierpliwości. Niech się Wam spełnią marzenia, a słońce uśmiecha się do Was codziennie:)
(powyżej moja Mama ze mną :))

A dla mojej kochanej Mamy dedykuję piosenkę, której Mama często słuchała. Zwłaszcza wtedy, gdy Tata przez wiele lat (ale nie bez przerwy, oczywiście) w celach zarobkowych "bujał się" po morzach i oceanach :) Mamuś, kliknij tu :) i słuchaj:):):)


Mamuś, bardzo Cię kocham! Wszystkiego dobrego:):)

czwartek, 11 marca 2010

Przygoda arktyczna, archeologia ogrodowa i moja poetycka dusza :)

Halooo???? Halo? Słychać mnie?? Raz, dwa, trzy... Czy mnie słychać? Tak? Dobrze, to zaczynamy....
"Dzień dobry, witam Państwa serdecznie. Dzisiaj przeprowadzamy relację z igloo. Tak, proszę Państwa, z igloo. Temperatura w Moorland Home systematycznie spada od niedzieli....Tak, tak, w tym dniu bowiem kaloryfery ogrzewające tenże dom, ogłosiły strajk..." 
Hehehe... Myślicie może, że sobie żarty stroję. Otóż moi drodzy, siedzę sobie teraz pisząc te słowa odziana w grube wełniane skarpety (kolanówki raczej :)), dżinsy, podkoszulek, gruby sweter i polar. Na szyi mam malowniczo przewiązany szalik... Myślałam o założeniu rękawiczek, ale nie mam takich bezpalczastych, a w innym nie mogę operować tym takim bajerem myszowym w laptopie (znaczy się tym odpowiednikiem myszy w normalnym komputerze) :) Najprawdziwsza prawda to jest. W niedzielę skończył się nam niestety olej ogrzewający domek i od tego czasu troche tu zimno. Generalnie da się wytrzymać, bo mamy przecież kominek... tylko, że tym kominkiem to my ogrzewamy duży pokój, a reszta do nieba przez komin ucieka:) No i w kuchni jest jeszcze ciepło, ale tylko jak akurat coś gotuję... Nie jest źle kochani, żyjemy:) A najzabawniej jest rano, jak trzeba z wyrka ciepłego i piżamki wyskoczyć, coby się w ciuchy dzienne przebrać :( Przypomina to wyścig formuły pierwszej, hehehe... chyba nigdy w życiu tak szybko się nie ubierałam, hehehe. Ale nie pękam moi mili, w końcu Magoda nasza droga miewała jeszcze zimniej... A na dowód przedstawiam wam fotografię mojej stacji meteorologicznej, która pieszczotliwie nazywam Dziewczynką. Otóż Dziewczynka pokazuje temperatury w sypialniach tego typu:



Jak ktoś niedowidzi, to ja podpowiem, że tam jest 12,9 stopnia. O dziesiątej minut jedenaście już się oczywiście trochę ociepliło - kiedy się budzimy jest ciut ciut mniej, tak może ze dwanaście i pół :)
Nie należy się zatem dziwić, że przez ostanie kilka dni, moim najlepszym przyjacielem - oprócz Dyzinka oczywiście, mojego futerka kochanego - jest MuMu. Popatrzcie sami, jaka zachwycona jest moja MuMu, że z szafy ją wytargałam i do łóżka zabrałam :), hehe...


MuMu codziennie wieczorem dostaje michę gorącej wody do picia, po czym z pełnym i gorącym brzuszkiem idzie ze mną spać... Oj jak cieplutko i milutko z moim MuMu - termoforkiem:):):)
Jest jednak nadzieja, że MuMu nie będzie musiała mnie dzisiaj w nocy dogrzewać - ma się bowiem dzisiaj, już za chwileczkę, już za momencik, pojawić nasz wybawca z dostawą oleju. Będzie ciepło, mili Ludkowie!!!!

Ja nie wiem jak Wy macie, kiedy jest zimno. Ja dokonuję na sobie hibernacji. Od niedzieli robię bardzo niewiele, żeby nie powiedzieć nic. vonZeal powtarza mi na okrągło, że jak zimno to trzeba coś robić, żeby się temperatura człowiekowi podniosła, ale ja wolę sie przykryć kocykiem, siedzieć przy ogniu i hibernować. No tak już mam i nic na to nie poradzę... Chałupa zarasta brudem, a ja hibernuję:) Ale co tam, stwierdziłam, że przez parę dni nicnierobienia robale mi się w domu nie zalęgną, hehehe. Jutro będzie ciepło, to domeczek się oporządzi na błysk, nie? A póki co, hibernuję:) ku rozpaczy vonZeala oczywiście. On z kolei stosuje promowane przez siebie metody walki z niskimi temperaturami w domu. Wybył on bowiem mianowicie do ogrodu (tak, tak, tam podobno było cieplej, słońce przyświecało, i tak dalej) i rozpoczął porządkowanie terenu. Przyciął żywopłoty, które nie były przycinane od co najmniej trzech sezonów. Przemielił gałęzie w takiej śmiesznej maszynie do mielenia, posegregował donice i inne śmieci, uporządkował patio :) Taki cudowny vonZeal!!! Ogród nie wygłąda już jak przerośnięta dzika dzikość... jak piękny ogród też jeszcze nie wygląda, ale pierwsze kroki zostały poczynione :) No i tak wykonując te wszystkie ocieplające ciało prace w ogrodzie, vonZeal przeprowadzał czynności wykopaliskowe. A tutaj efekt jego wysiłków archeologicznych:
1. Porcelana urody cudnej



Niestety, po oczyszczeniu część skorup okazała się być uszkodzona. Ale "nocnik" (czyli to-to na pierwszym planie, co ponoć osłonką na doniczkę jest) jest cały!

2. Taczki drewniane :


3. Pojazd:



Niestety, jestem pełna obaw, że nasze umiejętności nie pozwolą na pełne odrestaurowanie tego wykopaliska:(

4. Bucik (pieszczotliwie nazwany przeze mnie "pantofelkiem Kopciuszka"):


A ponadto znaleziony został kawał alabastru tudzież marmuru, który prawdopodobnie służył jako tak zwany splash back, czyli "antychlapacz" za zlewem w kuchni, bądź umywalką w łazience, a który może uda się nam jakoś wykorzystać w kuchni; a także zlew ceramiczny, niestety pęknięty na pół:(:(:(

A na zakończenie słowo o jakże modnych ostatnimi czasy wyróżnieniach. Ja je naprawdę lubię, dostałam w sumie cztery razy (dziękuję MarioPar, Margott, Bestyjeczko i Kasiu) i zawsze jest mi z tego powodu bardzo miło. A nawet bardzo bardzo miło. I serce jakoś tak mocniej zabije na wieść, że ktoś je przyznał... Zauważyłam jednak ostatnio - podobnie jak wiele moich blogowych koleżanek - że trochę się nam te wyróżnienia wymknęły spod kontroli ;) No tak jakoś się zrobiło łańcuszkowe towarzystwo wzajemnej adoracji, niestety. Szkoda, bo chyba nie taka początkowo była idea przyznawania wyróżnień. No i w konsekwencji tego przerostu formy nad treścią narodził się BUNT, STRAJK, AKCJA ANTYWYRÓŻNIENIOWA. Na blogach pojawiły się znaczki. I ja chciałam taki znaczek stworzyć (bo póki co podkradłam od Bestyjeczki), ale moje umiejętności graficzne są hmmm... żadne. Dlatego też popełniłam dzieło poetyckie (nie, żebym w tej akurat dziedzinie miała jakieś umiejętności, o czym zaraz się przekonacie, tylko tak jakoś mi się w główce zrodziło - chyba z tego zimna hehehe). Dzieło moje prezentuje się tak:


Geniusz przeze mnie przemawia, ot co:):):)
I póki co tym artystycznym akcentem kończę, mili Państwo; kontemplujcie urodę dzieła mego i talent mój nieprzeciętny:) A ja... idę sobie zrobić gorącą herbatkę i założyć rękawiczki na zmrożone rączęta...

poniedziałek, 8 marca 2010

Kobiety


..."Kobiety, ach te kobiety, złoszczą i pieszczą zarazem,
Cóż by bez nas było, jaki byłby świat?
A dla Was Panowie tylko wino i śpiew..."...

Cytat pochodzi z piosenki zespołu FOR DEE, z albumu "Kobiety". Według mnie najbardziej babskiego albumu EVER :) Posłuchać można tu 

Wszystkiego dobrego, Babeczki :):):)

PS. Na zdjęciu dwie bardzo ważne dla mnie kobietki: Moja Mama i Moja Chrzestna Maja (a pochodzi ono z archiwum rodzinnego)

sobota, 6 marca 2010

Czymże, ach czymże zasłużyłam sobie? :)

Będzie krótko dzisiaj, bo wciąż zaskoczona jestem, a deZeal jak jest zaskoczona, to język się jej pląta i sensownego wiele z otworu gębowego wykrzesać nie potrafi. Otóż, mili Państwo, niejaka Ivcia uznała mnie za godną przyznania wyróżnienia :) Radość mi tym sprawiła ogromną! Dziękuję Ivciu!!!
Owo wyróżnienie wygląda tak:


Zasady przyznawania tego wyróżnienia są następujące:
1. podziękować osobie, która je podarowała
2. podlinkować ją na swoim blogu
3. podarować 10 osobom
4. wyróżnione osoby podlinkować
5. poinformować je, zamieszczając informację w komentarzach

Z punktem 3. oczywiście miałam problem. Chciałam nawet poprosić Dyzinka mojego kochanego, aby mi w tych trudnych wyborach dopomógł, gdyż podejrzewam, że futro moje jest po części odpowiedzialne za to wyróżnienie :), ale Dyziek.... no sami zobaczcie:



.... koleś oczywiście ma wszystko w głęęęęęębokim poważaniu. Martw się kobito sama :( No to się martwić sama musiałam i wreszcie w bólach potwornych stworzyłam listę "dziesięciu wspaniałych". A na listę tę trafili:

3. MariaPar z Zielonego Kuferka
4. Małgosia z Low Flying Angels
5. Alexa z Home Is My Life
6. Mirelka ze Źródełka marzeń
7. Penelopa z Atelier Penelopy
I oczywiście tradycyjnie NIE PRZYZNAJĘ wyróżnienia Elisse:)

Uffffff.....

A na zakończnie jeszcze raz zapraszam wszystkich do Ivci. Jakie ona śliczne rzeczy robi!!! Na przykład takie butelki w decu... Cudeńka :)
I to by było na tyle.... Dobranoc :):):) Słodkich snów :):):)

czwartek, 4 marca 2010

Wiosna w pełni i relaks w starym kinie

Wiosna, drodzy Państwo, zawitała u nas w pełnej krasie. Bez dwóch zdań. Codziennie pojawiają się nowe pączki:



nowe liście:





i nowe kwiateczki:





Robi się zielono. W ogrodzie pojawił się Pan Żaba. Dżentelmen ów zimę spędził pod warstwą liści, spod których parę dni temu wychylił łepek zwabiony wiosennymi promieniami słonecznymi...



No i generalnie byłby git, tylko... jakoś tak zimno się zrobiło. I przeziębiłam się :( Znaczy się katar mi się przyplątał, a jak deZeal ma katar, to hmmm.... ochoty na nic nie ma i humor do, za przeproszeniem, bani... A tak pięknie się zapowiadało, hehehe...
Jako że dopadło mnie pewnego rodzaju przesilenie późnozimowe / wczesnowiosenne (niepotrzebne skreślić) postanowiłam zrelaksować się jak za młodych lat: wskoczyć w mięciutki welurowy dresik, owinąć się mięciutkim polarkowym kocykiem i zasiąść przez starym polskim przedwojennym filmem z kubaskiem gorącej czekolady i... jakby tego było mało, pudełeczkiem (czy raczej pudłem) belgijskich czekoladek. Niestety, welurowego dresiku w mojej szafie nie udało się znaleść, filmoteka u nas spora, jednak przedwojennych polskich filmów w niej nie ma:(, telewizji POLONIA niestety nie odbieramy, a i bombonierki czekoladek jakoś brakło... 
Z braku laku dobry jednak kit. Zdecydowałam, że wyprawię vonZeala do pubu, bo przecież jedno co warto, to upić się warto w szynku na rynku wygłupić się warto... :) Dzieci - z jakich dziwnych, niezrozumiałych mi zupełnie i jakże niepodobnych do nich powodów, postanowiły iść spać o normalnej porze, aniołki kochane:) A ja, odziana w wygodne dzinsy i polarową bluzę, zaopatrzona w ogromny kubas gorącej czekolady oraz laptop, relaksowałam się oglądając fragmenty starych filmów i słuchając piosenek z tychże. Mój Boże, uwielbiam przedwojenne melodie... uwielbiem również inne melodie, które opierają się na więcej niż pięciu dźwiękach... ale te przedwojenne są takie... romantyczne i słodkie :)
No weźmy na przykład takiego Bodo...
Urodzony w 1899 roku z matki Polki i ojca Szwajcara, naprawdę nazywał się Bohdan Eugène Junod. Pseudonim swój utworzył od imienia swojego (Bohdan) i matki (Dorota). Nie został roztrzelany przez hitlerowców... 7 października 1943 roku zmarł w łagrze z głodu i wycieńczenia :( A śpiewał tak i tak. I może jeszcze tak :) Uwielbiam ten głos i akcent :)
A tutaj niezwykle przystojny, pierwszy amant Rzeczypospolitej, Aleksander Żabczyński. Piękny, nieco bezczelny uśmiech :)  i zniewalające spojrzenie... O proszę: 


Pamietacie piosenkę? Trudno zapomnieć, hehe. I jeszcze ... A jak przyjemnie posłuchać tego?

A na zakończenie mój ulubiony... bo ja słabość mam do śmiesznych facetów, hehe.


Adolf Dymsza! Film z Dymszą (a nawet tylko piosenka) to dla mnie murowany dobry humor. No bo jak można się nie uśmiechać słuchając tego. Albo nie zrywać boków przy tym. I przy tym też. A tu moi drodzy to ja już ze śmiechu po prostu na twarz padam... no zobaczcie sami, o TU 

No i tak sobie oglądałam te zapomniane melodie i ochoty nabrałam na przenoszenie gór... I co? I rano budzę się z nosem jak kartofel i z przenoszenia gór nici. I nawet mi się o mojej kuchni nie chciało myśleć, ale jest nadzieja w tym temacie moi drodzy - pewna dobra duszyczka (dziękuję Bestyjeczko:)) podzieliła się pomysłem na doprowadzenie mojej kuchni do stanu WOW!!! Teraz problem tylko w tym, czy będziemy potrafili wywiązać się z zadania :) Oczywiście o efektach będę informować :)
Ale co ja to miałam dobrego... ach tak, nos jak kartofel i nici z ochoty na cokolwiek. Ale wiecie co? Przez pisanie tego posta, i obcowanie z  przedwojennymi piosenkami ochota mnie znowu naszła, hehehe... mam tylko nadzieję, że do rana mi nie przejdzie. A jeśli przejdzie, to jest na to lekarstwo :) Nazywa się Dymsza :)

sobota, 27 lutego 2010

Wyłącznie dla tych, co mocne nerwy mają, czyli drastyczny post kuchenny :)

Słowo się rzekło, kobyłka u płota :) Przyznać muszę, że od wtorku gryzłam się sama ze sobą, czy powinnam jednak narażać blogową brać na koszmary nocne spowodowane traumą związaną z oglądaniem mojej kuchni w stanie obecnym. Nie mniej jednak, podobno jak się mówi A to należy również powiedzieć B. Proszę zatem wziąć głęboki oddech i zaczynamy...
Oto naprędce naszkicowany przeze mnie plan kuchni w stanie obecnym (zaznaczam, że rysunek techniczny nigdy moją dobrą stroną nie był):


Myślę, że wszyscy dobrze wiedzą, że jak się człowiek przeprowadza z jednego domu do drugiego, to mu jakoś meble nie za bardzo pasują. Znaczy się, nie że stylem, tylko rozmiarami człowiekowi nie bardzo pasują. W starej kuchni mieliśmy stół okrągły i do tego cztery krzesła - dwa zwykłe (dla Młodego Pokolenia) i dwa z podłokietnikami - te dwa to oczywiście dla Pani Domu i Pana Domu. Niestety nijak nie udało się owych "podłokietnikowych" krzeseł ustawić w obecnej kuchni, a zatem Pani i Pan Domu obecnie zasiadają do posiłków na składanych krzesłach ogrodowych:( Wniosek numer 1: konieczna jest wymiana stołu na mniejszy (kwadratowy) oraz przynajmniej dwóch krzeseł.
Do nowej kuchni przyjechał z nami również "sajder" (nazwany tak, że niby "na stronie" stoi, hehehe), czyli kredens. Mebel ten został wyszperany przeze mnie i vonZeala na tak zwanym szrocie, i - jako, że deZeal miłością nieograniczoną i nieustającą do niego zapałała - zakupiony za całe 25 funtów. Wniosek: sajder zostaje, chociażbym miała połowę innych mebli z kuchni wynieść:)

A teraz droga braci blogowa, nastąpi kulminacja i poziom straszności sięgnie zenitu, hehe. Oto jak od strony okna wygląda moja kuchnia w stanie obecnym na fotografiach:


Uważny czytelnik z pewnością zauważył, że na pierwszym zdjęciu szafka zlewozmywakowa trochę, hmmm, nie pasuje do reszty szafek. I tak sobie pomyśłałam, że w związku z tym ją sru... wyrzucę, a na jej miejsce wstawię tę wystającą co to wyspę, czy raczej półwysep udaje. Coś tak mniej więcej jak na planie poniżej:

czyli szafka A znika, w jej miejsce wędruje szafka B, a w miejsce B idzie lodówka. To po pierwsze. Po drugie: planuję pozmieniać jakoś szafki wiszące, ale tu jeszcze nie mam tak zwanego konceptu :). Po trzecie, szafki zostają malnięte na kolor złamanej bieli (złamanie, myślę, będzie miało odcień szarego beżu, ale to się jeszcze może zmienić). Czy ktoś wie jak się maluje szafki kuchenne, żeby efekt był zadawalający, a po pół roku nadal dało się wejść do kuchni bez narażenia na zawał serca...?
Problem mam z szafką, która teraz jest "półwyspem" - jej brakuje jednej szuflady, jak widać na załączonym obrazku, a mnie pomysłu na to, co z tym fantem zrobić :(
Po czwarte; musi zostać położona nowa podłoga. Hmmm... jest to dylemat przyprawiający mnie o ból głowy. :(  Dechy nie da rady, bo dech się chyba nie da bezpośrednio na beton, plus cena nie teges. Kafle - praktyczne, ale zimne, no i jak mi pokrywka się z rącząt wyślizgnie, to mi taki kafel  zgodnie z zasadą o złośliwości przedmiotów martwych może pęknąć. Panele -  cholerstwo się elektryzuje i rysuje jak diabli, ale za to nie takie zimne jak kafle.... Są jeszcze takie hmmm... panele drewniane, to znaczy układa się toto identycznie jak panele, ale nie jest to takie plastikowe, tylko ponoć z przetworzonego inżynieryjnie (cokolwiek to znaczy) drewna - oj, skomplikowane to wszystko bardzo....
Po piąte - malujemy ściany, oczywiście po ich wcześniejszym naprawieniu (czytaj wypełnieniu dziur, których teraz więcej niż w dobrym gatunkowo serze szwajcarskim, nasztukowaniu fragmentów tapet, tudzież ich zerwaniu, i tak dalej). Ściana, moi kochani, wygląda tak (o proszę, nawet kawałek sajdera i mój Ptasiek się załapali na zdjęciu):

Wiecie, ja mam ogromną fantazję, czasem tak wielką, że aż ułańską fantazję niemalże. Ale przy tej ścianie, kochani, to ja po prostu wymiękłam kompletnie :)
Poza tym jeszcze, gdzieś tak pomiędzy "po drugie" a "po trzecie", chciałabym wymienić zlewozmywak i kran. Ja jestem osoba stuprocentowo praworęczną i gubię się kompletnie w przestrzeniach przystosowanych dla leworęcznych. Tymczasem zlewozmywak mój obecny jest, psia kostka, leworęczny! No nie umiem sobie z nim poradzić!!! No i te kurki! Moi drodzy, od lat mieszkam w Anglii i nie potrafię zrozumieć tej tutejszej fascynacji osobnymi kurkami na ciepłą i zimną wodę. Jak juz wcześniej pisałam, vonZeal twierdzi, że mam natręctwa - mam jedno: myję gary wyłącznie pod bieżącą wodą; jak nie są umyte pod bieżącą to dla mnie są tłuste. I nie ma, że pół litra płynu do zmywania zostało wylane na jeden talerz - tłuste i już! Nawet jak nie jest tłuste, to jest tłuste!!! No a powiedzcie mi, jak tu umyć naczynia pod bieżącą wodą jak z ciepłego kurka mi leci wrzątek, a z zimnego woda o temperaturze maksymalnie +1 stopień???? Tak więc absolutnie i bezwględnie w trybie natychmiastowym potrzebuję nowy zlewozmywak i kran. A przy okazji może jeszcze zmywarka do naczyń by sie przydała (wtedy zamiast tradycyjnego zlewozmywaka, mogłabym chyba tylko samą miskę zlewową zamontować, już bez tej części ociekaczowej, czy jak to tam zwą... i tym samym zaoszczędzić trochę miejsca na blat roboczy; czy może się mylę?). Na tę zmywarkę to sobie taki podstęp wymyśliłam: u nas ogrzewanie i ciepła woda są na olej opałowy, a olej drogi. To wymyśliłam, że z taką zmywarką to i olej, i wodę się zaoszczędzi, nie? No to może vonZeal się da przekonać do zmywarki, hehehe:). A i jeszcze kiedyś w niedalekiej przyszłosci nowe blaty robocze by były wskazane...
No i takie to mam plany na tę moją kuchnię straszliwą. A co z tego wyjdzie, pokażę jak już coś będzie... gdzieś tak może w nastepnej pięciolatce.....:)

A na zakończenie, żeby Wam moja droga braci blogowa humorki popoprawiać, pokaże Wam jeszcze mój ulubiony sprzęcior w kuchni - mój piec! Piec jest elektryczny, bo gazu we wsi niet, niedogrzewa o jakieś 40 stopni i ciągnie prąd jak wściekły. A wygląda tak:


Piękny prawda? Być może nie powinnam się go pozbywać, bo niedługo pewnie będzie warty kupę kasy jako zabytek klasy "zero" i eksponat muzealny:):):).

Pozdrawiam wszystkich cieplutko i pamiętajcie, uprzedzałam o treściach drastycznych, więc proszę nie mieć do mnie pretencji o koszmarne sny. Reklamacji nie uwzględniam:)